|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
01. Aby Pomóc Szymkowi...
02. Co to jest Potwór?
03. Do Strony o SMA
04. Księga Gości
05. Napisz do nas
06. English
07. Precel w mediach
08. Tu nam pomagają
Dzieci
Forum
Inicjatywy
Inni vs reszta świata
Nasze miasto a w nim
Po drugiej stronie barykady
Rodzinnie i przyjacielsko
Z pasją....
Z SMA w Polsce
Zakurzone
Tagi
|
Wpisy z tagiem: wakacje
niedziela, 13 maja 2012
Po tym jak nam po zrobieniu kilkunastu kilometrów padły nam nogi, w czwartek postanowiliśmy skorzystać z transportu publicznego by pojechać do Tiergarten do ZOO. ZOO jak ZOO, natomiast przy okazji chciałam poczynić dygresję na temat barier w Berlinie (i generalnie w tych częściach Niemiec, które nam udało się zobaczyć). To nie jest tak, że Niemcy są rajem dla osób niepełnosprawnych (serdecznie pozdrawiam berlińskie chodniki i kilka niedziałających wind w metrze). Ale lata miną, zanim osiągniemy stan, którego udało nam się doświadczyć. Po pierwsze, każdy obiekt jest oznakowany czy jest dostępny dla osoby niepełnosprawnej: od toalety na autostradzie począwszy, poprzez stacje u-bahn (metro) a na muzeach skończywszy. Nie trzeba właściwie nigdzie wydzwaniać, aby się dowiedzieć czy wjedziemy z Preclem czy nie. Od tego były strony internetowe, ulotki, mapy z odpowiednimi oznaczeniami. Po drugie - transport. Pan Kierowca autobusu nie robił łaski opuszczając na KAŻDYM przystanku autobus do wysokości chodnika. Pan Motorniczy w tramwaju również (choć na drugi dzień po powrocie do Warszawy Ojciec doznał pozytywnego szoku, gdy zdarzyło mu się to w tramwaju nr 24). Mówię to dlatego, że do granicznej frustracji doprowadza mnie zerowa efektywność guzika dla ON naciskanego w warszawskich autobusach. My naciskamy, Pan kierowca udaje że nie widzi że nacisnęlismy, ludzie krzyczą, żeby opuścić platformę, Pan kierowca nie słyszy a efektem jest wynoszenie przez nas wózka z Preclem na własnych barkach. Widoku przystanków i stacji kolejowych, w których przerwa między pojazdem a peronem była co najwyżej 5 cm nie doświadczymy chyba nigdy. Niemcy nie byli wylewni, ale za to pomocni i uprzejmi. Do Pergamonu zostałam wprowadzona obok długaśnej kolejki przez Pana Strażnika, który następnie sam zamówił nam bilety w kasie uwzględniając ulgę na Precla. Gdy trafiliśmy do zawieszonej linii metra, zaraz znalazł się pracownik mówiący po angielsku, który nas pokierował do autobusu. W czwartek wieczorem spotkaliśmy się z Antkową Rodziną. Obaj Panowie ponownie zdobyli Bramę Branderburską, Sony Center oraz Mur Berliński.
Pod Sony Center Maksiuta z Szymonem zobaczyli wejście do Muzeum Lego i nie było rady. Następnego dnia poszliśmy do berlinskiego Legolandu. Dla nas, dorosłych rozrywka była średnia na jeża, ale chłopaki wsiąkły dokumentnie na prawie cztery godziny. Mogliśmy obejrzeć jak się produkuje klocki:
Panowie składali, budowali i łączyli ile się dało:
no a Precel niemal oniemiał ze szczęścia:
Reasumując - chcecie zrobić dziecku frajdę? Niestety trzeba wydać kilkanaście EURO na wstęp do Lego Discovery Centre. Warto poszukać promocji albo kupić wcześniej bilety przez internet. Wtedy jest sporo taniej. Następnego dnia pożegnaliśmy Berlin i w strugach deszczu pomknęliśmy do Kolonii. Ale to już zupełnie inna historia.
piątek, 11 maja 2012
Muszę przyznać, że ta podróż była niezwykła pod paroma względami. Po pierwsze po drodze odwiedziliśmy tych kogo się dało odwiedzić (no może poza Frankiem, choć do niego brakowało 50 km). Po drugie była to nasza pierwsza, wspólna (tzn w czwórkę) podróż za granicę. Do tej pory jeździliśmy w różnych konfiguracjach. A Precel jeździł wyłącznie po Polsce. Po trzecie podróż trwała dłużej niż na początku zamierzaliśmy, gdyż gdzieś w okolicach marca, dostaliśmy zaproszenie od Asi i Martina do Kolonii, połączone z ofertą oddania Preclowi używanego przez ich córkę Lucy wózka elektrycznego. A zatem relacja z tych dziesięciu dni będzie pewnie długa, choć mam nadzieję, że nie przynudna (jak będzie to mi to napiszcie w komentarzach). W sumie ten wpis powinien nazywać się "Berlin z respiratorem", no bo przecież podróżowaliśmy z respiratorem, który tak jak nasz samochodzik spisał się bez zarzutu. Zanim jednak dotarliśmy do Berlina po drodze odwiedziliśmy Adę i jej rodziców. Przy okazji zobaczyliśmy największy kosz wiklinowy świata. Po niewielkim odpoczynku oraz obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę. Precel, mimo, że z wrażenia tego dnia wstał już o drugiej nad ranem w samochodzie spisywał się na medal. W czasie 8 godzinnej podróży ani razu nie musiałam go odsysać. Oddech idealny. Uśmiech od ucha do ucha. Po prostu nic tylko jechać. Aby się nie męczyć w przyciasnym hotelowym pokoju oraz zapewnić Preclowi stołówkę wynajęliśmy w cenie noclegu w hotelu niewielkie mieszkanie w centrum Berlina wprost naprzeciwko jak to mówi Precel "Arrrr*" czyli Museum fur Naturkunde (czyli po naszemu Muzeum Historii Naturalnej). Następnego dnia z rana oczywiście musieliśmy tam powędrować. Chłopaki od razu wsiąkli w Dinozaury.
W wędrówkach po tym oraz innych muzeach pomagały nam niewielkie tłumacze elektroniczne, które o dziwo miały również tłumaczenie w języku polskim. Precel słuchał wszystkiego bardzo uważnie.
Założyliśmy sobie z Ojcem, że po atrakcjach Berlina będziemy chodzić na piechotę. I nawet nam się to udawało przez pierwsze trzy dni. W tym czasie zobaczyliśmy: Bundestag, Bramę Branderburską, Wyspę Muzeów (z obowiązkowym wejściem do Pergamonu oraz Neues Muzeum).
W Neues Muzeum zupełnie przypadkowo wpadliśmy na sąsiada z klatki obok. Ktoś powiedział że świat jest mały i miał kompletną rację. Niezwykłym doświadczeniem był dla nas pomnik pamięci holokaustu.
Potem jeszcze (już z pęcherzami na stopach) doczłapaliśmy się na Alexanderplatz, po drodze oglądając niezwykłe podwórka Hackesche Hofe.
Tego dnia wieczorem podjęliśmy męską decyzję, że do ogrodu zoologicznego nie damy rady dotrzeć na piechotę, tylko przećwiczymy berlińską komunikację. A ta część wycieczki to temat na kolejny wpis (pewnie będzie równie długi jak ten - mam nadzieję, że jeszcze to czytacie). PS. Jako wyrodni rodzice wciąż kazaliśmy Maksiucie ćwiczyć jego niemiecki - gdzie się dało. Nawet nam piwo zamówił :) *"Arr" to określenie na dinozaury.
środa, 09 maja 2012
Aksamitny głos Krzysztofa Hołowczyca zawiódł nas do Berlina, a potem do Kolonii, Dortmundu, Bonn, Hilden i w parę innych miejsc. Pewne ręce Ojca przeprowadziły nas bezpiecznie przez całe wakacje. Zanim zacznę opisywać co się działo przez ostatnie dziesięć dni, rozpocznę od podziękowań (kolejność podziękowań jest zupełnie przypadkowa). A zatem: Dziadkowi B. za użyczenie nam Krzysztofa (bo bez Krzysztofa czasem byłoby cienko) Całej Rodzinie za wsparcie Chłopaków kieszonkowym, które to zostało wydane na tonę pamiątek, bo bez ich wsparcia byśmy zbankrutowali jak nic (ale przyznam, że Precel po wydaniu komunikatu "pamiątka" zaraz dodawał "ile"). Ewelinie i Darkowi za dwa obiady oraz pokazanie największego kosza wiklinowego świata. Basi i Zbyszkowi za spotkanie w Berlinie oraz nocleg w drodze powrotnej do Polski. I za naleśniki ze szpinakiem, które wspominam aż do tej pory. Oraz za pokazanie, że podróże zagraniczne z naszymi dzieciakami są możliwe. Asi i Martinowi za serca o pojemności większej niż 1000 naszych zapchanych Samochodzików. Oraz za danie Preclowi możliwości samodzielnego ruchu. Rodzicom Borysa i Igora za serdeczne przyjęcie oraz bardzo miłe popołudnie uwiecznione Specjalnym Zdjęciem (tak sobie myślę, że to byłby początek pięknej przyjaźni). Naszemu Samochodzikowi za to, że bez problemowo pokonał tyle tysięcy kilometrów. Krzysztofowi za to, że tylko trochę nas oszukiwał przy skrętach. Bardzo serdecznie dziękujemy! PS. Jutro idziemy pod płot posłuchać Metalliki ale obiecuję - ciąg dalszy nastąpi.
niedziela, 06 maja 2012
Przygodo ahoj! Przygoda trwa, dostęp do internetu już jest, ale na siedzenie w wirtualnym świecie nie ma czasu. Dzieje się dużo i to dużo dobrego. Precel formą przechodzi sam siebie (choć ostatnio nieco narzeka na plecy). Zanim zdam pełniejszą relację mogę tylko powiedzieć, że każdego dnia wieczorem Szymon wygląda mniej więcej tak:
Nawet koniec świata by go nie obudził. Jutro jedziemy do Dortmundu. Ahoj przygodo!
czwartek, 26 kwietnia 2012
Plan wycieczki po Berlinie jest. Coś byście szczególnie polecili? Muzeum Lego - warto?
PS. Ojciec właśnie wraca od dentysty z zatrutym zębem. Zaraz po powrocie czeka go rwanie. A w samochodzie niebezpiecznie zapaliła się kontrolka od akumulatora. Jak to się nazywa? Prawo Murphy'ego?
PS2. Mamę Borysa i Igora pilnie proszę o kontakt na gofer73@gazeta.pl
wtorek, 17 kwietnia 2012
Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem za dwa tygodnie będziemy przechadzać się po Berlinie. Z Berlina pojedziemy do Kolonii odwiedzić Preclowych Czytaczy, którzy ze szczodrości swojego serca zaoferowali Preclowi wózek elektryczny, z którego wyrosła ich pociecha (tak jak Szymon chora na SMAI). Ponieważ wózek jest wypasiony i dostosowany dla człowieka pod respiratorem o minimalnej sile dłoni są pewne szanse że za jakiś czas zamieszczę film na którym Precel będzie samodzielnie śmigał na spacerze. Z Kolonii pojedziemy jeszcze do Dusseldorfu, a potem będziemy wracać do Polski (z noclegiem w trakcie). Im bliżej wyjazdu, tym więcej spraw do załatwienia, również i tych okołopreclowych. Już nie mówię o konieczności obkupienia się na zapas w pieluchy, mleko oraz leki na receptę (które mam nadzieję, się nie przydadzą). Na naszej liście widnieją następujące pozycje: 1. EKUZ (no bo bez EKUZa się wogóle nie ruszamy) - gromadząc niezbędne dokumenty do wyrobienia karty zorientowałam, że NFZ wciąż myśli, że mieszkamy tam gdzie nie mieszkamy od pięciu lat. Tak więc doszłam do wniosku, że pewne zdarzenia życiowe typu wyjazd służą również aktualizacji danych w urzędach, 2. dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Cieszę się, że stawka za Precla wynosi tyle samo co za naszą pozostała trójkę - choroby przewlekłe są w cenie. A mogliby nie chcieć ubezpieczyć. Na przykład. 3. sprawa legitymacji poświadczającej niepełnosprawność na terenie Niemiec. Wiele muzeów gwarantuje zniżki dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów pod warunkiem udokumentowania niepełnosprawności. Sprawę tę poruszałam już na FB, ale czy wiecie, że nie istnieje żaden dokument, który na terenie UE potwierdzałby niepełnosprawność oraz prawa do ulg z tą niepełnosprawnością związanych? Jedyną namiastką jest międzynarodowa karta parkingowa, która w zależności od kraju UE uprawnia do różnych zachowań "okołoparkingowych". Odwiedziliśmy dziś nawet Stołeczne Centrum Osób Niepełnosprawnych, gdzie zasugerowano nam po prostu przetłumaczenie u tłumacza przysięgłego orzeczenia o niepełnosprawności. Przy okazji Precel za dwa tygodnie dorobi się legitymacji osoby niepełnosprawnej w języku polskim. Precel został poddany kwarantannie tzn. nie chodzi do przedszkola, aby nie daj Boże przed samym wyjazdem czegoś nie złapał. Poza tym mamy pierwsze objawy Reisefieber. Potem będzie już tylko gorzej....
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Dzięki takiej arytmetyce oraz długiemu weekendowi udało mi się zamienić cztery dni urlopu na dziewięć dni wakacji, które spędziliśmy na Pojezierzu Suwalskim. Poniżej zamieszczam wersję wakacji, którą ja, Matka chciałabym zachować we swoich wspomnieniach. Dzieci pewnie mają inne zdanie na temat wakacji w głuszy, bo po wypakowaniu się z naszego samochodu uwaliły się na kanapie i włączyły laptopa…. dawały się co prawda wyciągnąć na szalejące łono przyrody, ale każda wycieczka kończyła się preclowym żądaniem: "laptopa" i zalegiwaniem na łóżku w towarzystwie gier wszelakich oraz Maksiuty robiącego za myszkę. Ciocia i Wujek bardzo przygotowali się do tej wizyty: Przyroda wdzierała się dosłownie wszędzie:
Robiliśmy też wycieczki w stronę cywilizacji:
Matka poszła na rynek kupić pomidory i zgłupiała patrząc na ilość dostępnych gatunków (więc kupiła wszystkie pięć):
Ojciec straszył krowy, a Precel się nimi zachwycał:
Popołudniami graliśmy w Makao - Precel dość szybko złapał zasady gry, pokazując oczami, które karty mamy kłaść na stół. Odkrywaliśmy pająki, ślimaki, jaszczurki oraz żaby, a w jeziorze młode okonie, które skutecznie przykuwały uwagę Szymona.
I w ogóle pięknie było że hej…
Na tym niestety kończymy tegoroczne wojaże - czas szykować się do zerówki i piątej klasy. Tegoroczne wakacje minęły zbyt szybko…..
czwartek, 11 sierpnia 2011
Na pewno ten, któremu kredyt mieszkaniowy zeżarł w tym miesiącu większość pensji. Co za ulga, że sierpień to Miesiąc Wolny od Rachunku za Prąd. Bo na na prąd moi Państwo to my akurat umiemy wydawać i to nie dzięki pozapalanym wszędzie światłom (chwyty typu "Maksiuta wyłącz tę lampę bo potrącę z kieszonkowego!!!!" są na porządku dziennym), tylko prądożernemu Preclowi, który przecież nie zaśnie nie podłączywszy do kontaktu wszystkich swoich zabawek (czyli: ssaka, respiratora oraz pulsoksymetru). A nie wiem ile byśmy nie siedzieli po ciemku to i tak rachunek poniżej czterech stówek nie schodzi. Tak więc, w tym miesiącu zamiast prądu zapłacimy za tzw. bańkę spekulacyjną, mając nadzieję tylko, że ten kto tak nadmuchał kurs franka wsadzi sobie te nasze różnice kursowe w buty i przez to poczuje się nieco lepiej. Co za ulga, że w domu mam mało wymagające dzieci, które by najchętniej żywiły się szczęściem, popijanym powietrzem. Wiem, że na długą metę tak się nie da, a mnie za to grozi prokurator, ale obaj panowie uważają, że jedzenie jest passe i kropka. Za to oszczędności powstałe w wyniku kupowania wyłącznie suchych bułek i mleka: nieocenione. Co za ulga, że moja firma postanowiła przycisnąć w tym roku pracowników w obrzydliwy sposób chomikujących zeszłoroczne urlopy, w związku z powyższym po dwutygodniowej bytności w pracy udzielono mi kolejnego urlopu wypoczynowego w ilości dni: 4 (słownie c-z-t-e-r-y. W związku z powyższym wyjeżdzamy z miasta w miejsce, w którym jedyny w promieniu 30 km sklep spożywczy zamyka się już o 12 w południe, co oznacza spore oszczędności na bezużytecznych rzeczach, których nie kupimy, bo nie będzie gdzie. Frank nas nadgryzł, ale tylko trochę. Resztę pensji, która została niepogryziona zainwestujemy w zakupy w pobliskiej Biedronce (bo się ostatnio z tą siecią lubimy), trochę się pokręcimy tu i tam, a potem zapakujemy pożyczoną torbo-lodówkę oraz kalosze i śmigamy do ciocino-wujkowego domu hen, hen na dalekie Mazury. Trzeba będzie jakoś do samochodu zmieścić ciocine drzewo, a na miejscu je zasadzić. no i wywieźć szambo (pierwszy raz w życiu) pomieszkać trochę w miejscu, w którym nie działa internet, a nawet dodzwonić się niełatwo obiecałam sobie, że ugotuję tam rosół (taki prawdziwy) już się nie mogę doczekać A Frank? Niech się frank off.
wtorek, 02 sierpnia 2011
Jednym z celów naszego pobytu na Mierzei było odwiedzenie Malborka, położonego od Stegny niecałą godzinę drogi samochodem. I dziś, po tej wizycie mogę z całą stanowczością stwierdzić, że średniowieczny zamek kompletnie nie nadaje się do zwiedzania przez tak wiotką osobę jaką jest Szymon. Wiotką i w dodatku siedzącą w Kimbie. Nie spodziewałam się po tej wizycie zbyt wiele, wręcz nastawiliśmy się z Ojcem na to, że całkowite zwiedzanie zamku zaliczy Maksiuta z jednym z nas, zaś drugie będzie miało okazję przejść się po zamkowych dziedzińcach. Na samym początku dobre wrażenie zrobiły na nas: darmowy dla osób niepełnosprawnych parking miejski oraz pięknie przystosowana toaleta przy wejściu do zamku. I na tym koniec – średniowieczny bruk na dziedzińcu oraz ulewny deszcz prawie całkowicie zblokowały szymonowe wędrowanie po tym przybytku. Kółka wózka blokowały się na kamieniach, a ponieważ wózek nie ma resorów, Precluta latał w nim jak kulka we fliperze. Większość ekspozycji na parterze zamku mieściła się za kamiennymi wysokimi progami lub stopniami. Aż się zaczęliśmy z Ojcem zastanawiać (zwłasza na widok całkiem współczesnej klatki schodowej wewnątrz) czy przepisy chroniące zabytki są aż tak restrykcyjne, że zabraniają umieszczenia ruchomych podjazdów dla wózków inwalidzkich u wejść do pomieszczeń położonych na parterze (takie rozwiązanie widzieliśmy w Stutthofie, gdzie też bądź co bądź zabytek). Na co komu toaleta dla niepełnosprawnych, skoro właściwie poza tę toaletę trudno się ruszyć? Udało nam się co prawda zajrzeć tu i tam, ale na 3 godziny normalnego zwiedzania – Precel użył tyle co nic…. Grunt, że to wystarczyło by był zadowolony.
niedziela, 31 lipca 2011
W ciągu tych dwóch tygodni udało nam się też trochę pojeździć. Przejechaliśmy całą Mierzeję wzdłuż – od Piasków, gdzie kończy się droga, aż po Trójmiasto – przejażdżka promem w Mikoszewie obowiązkowa.
Ważnym przystankiem był Obóz Koncentracyjny w Sztutowie. Dla Precla być może nieodpowiedni (tak w sumie dla niego tylko spacer pomiędzy budynkami) – za to dla Maksiuty to była chyba pierwsza tak poważna lekcja historii. Tym bardziej, że Stutthof to miejsce śmierci Dziadka mojego Taty (czyli Maksiutowego i Preclowego Pra-pra Dziadka). Kilka dni później pojechaliśmy do Gdyni. W planach mieliśmy zwiedzanie Portu oraz Oceanarium. W międzyczasie udało nam się umówić na spacer z Julkową Rodzinką. Z zadowoleniem zauważyłam, że od naszej ostatniej wizyty w Oceanarium, gdy nosiliśmy wózek z małym Maksiutą po schodach wiele się zmieniło. Na każdy poziom można się teraz dostać specjalną windą, do samego Oceanarium prowadzi wygodny podjazd dla wózków, zaś opiekunowie niepełnosprawnych wchodzą za darmo. Ryby kolorowe i fascynujące jak zawsze. Dzieciaki oczarowane. A ja wyszłam z Oceanarium z jednym w głowie: jaki to geniusz wymyślił sekcję „Laboratorium” w której każde dziecko może sobie pogłaskać rybkę w akwarium. Byłam świadkiem jak taka rybka była głaskana jednocześnie przez całą Kolonię liczącą coś ok 30 sztuk dzieciwizytującą akwarium. Rybka w postaci Flądry miała minę nietęgą – coś czuję, że Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami miało by tu coś do powiedzienia….
Stojące w porcie gdyńskim statki były już dla nas nieosiągalne - w sumie w te wakacje sporo czasu spędziłam na tłumaczeniu Szymonowi, dlaczego niektóre miejsca są dla niego niedostępne. Im dalej w las tym rodzicielstwo niepełnosprawnego małego człowieka robi się coraz bardziej skomplikowane :/ Zdecydowaliśmy więc z Rodzicami Julki że mamy w nosie statki i poszliśmy na naprawdę smaczną i niedroga pizzę.
sobota, 30 lipca 2011
W połowie naszego pobytu w Stegnie, bezprzewodowy internet, który był dostępny w ośrodku zdechł na dobre. A właściwie zdechł na tyle, że dostępny był tylko i wyłącznie w jednym miejscu – tuż przy ośrodkowej restauracji. A nie po to jest się na wakacjach, by w niej przesiadywać i grzebać w necie prawda? Toteż siedzę sobie i w Wordzie nadrabiam zaległości, aby po naszym powrocie do domu je wkleić na bloga. Co u nas? Odpoczywamy – sporo śpimy, a gdy nie śpimy głównie chodzimy. Stegna jest niewielką miejscowością, nie do końca jeszcze zadeptaną przez turystów, co bardzo nam się podoba. Brak tu wszechobecnego w kurortach jarmarku typu mydło i powidło, brak (jeszcze) nachalnego wyciągania kasy. Za to jest Biedronka (produkty naprawdę polecają się na grilla) i szerokie pasmo leśne. Do plaży co prawda daleko i pod górkę, ale my kompletnie nie jesteśmy plażowi (Maksowi na osłodę został basen w miejscu gdzie wynajmowaliśmy domek). Zaliczyliśmy też kilka wycieczek krajoznawczych, o których wspomnę w dalszych wpisach. Precel przechodzi fazę pytań: „a jak to?” , „dlaczego?”, „gdzie?”, „a kiedy?”, "a co się stało?" – której staramy się sprostać. Zachwyca się też psami, które mieszkają kilka domków dalej, codziennie rano żądając zawiezienia do „Hałhałów”. Jedyną pozostającą do życzenia rzeczą jest pogoda – w obecnym stanie wilgotności za kilka dni wyhodujemy na naszych ręcznikach całkiem sporą kępkę mchu. I to właśnie stanowi jedyną przyczynę, dla której chciałabym wrócić do domu….
sobota, 23 lipca 2011
W końcu są wakacje, pogoda sprzyja (a przynajmniej tak twierdzą co poniektórzy) a zatem nic nie stoi na przeszkodzie aby być w ciągłym ruchu. Poniżej Precel na rybce.
piątek, 15 lipca 2011
Przyszedł czas na nasze wakacje. Dziś się pakujemy a jutro skoro świt (czyli o 8 rano) ruszamy nad morze - tym razem na Mierzeję. Póki co usiłuję wysuszyć to co mi się udało uprać w ciągu ostatnich 24 godzin, tak aby wieczorem móc wpakować wszystko do przepastnej walizy, ale patrząc na to co znów zaczyna się dziać za oknem mamy wszelkie szanse pojechać z mokrymi ubraniami. Obiecuję, że w miarę naszych możliwości będziemy nadawać z wakacji - zarówno tu jak i na Facebooku (o ile obiecany internet będzie działał). Tymczasem zostawiam Was z niezwykłym urodzinowym tortem, który znalazłam na tym blogu. W końcu w najbliższą niedzielę, Preclowa obchodzi swoje piąte urodziny.....
niedziela, 01 maja 2011
To wcale nie takie proste zadanie. Ma być w znośnej odległości, w miejscu do którego i z którego łatwo się wydostać. Z ucywilizowanym dostępem do plaży i najlepiej wogóle ucywilizowane - czyli takie z chodnikami i sklepem oraz apteką. Czyste, bez schodów i z zapewnionym dostępem do prądu. Łeba nam się znudziła. W tym roku celujemy w Mierzeję Wiślaną. Czas aby Precel świadomie odwiedził Trójmiasto i zobaczył port oraz inne atrakcje. Szukamy bo to już czas. Acha - i jeszcze ma być w znośnej cenie - choć o to w tym roku raczej trudno. dzięki północnoafrykańskim rewolucjom. A wakacje już zaraz bo w lipcu.
środa, 01 września 2010
Można robić mnóstwo rzeczy, na które w pełni sezonu przez wszechobecne tłumy nie starczyłoby cierpliwości. Panowie doczekali się rejsu statkiem. Trochę nas wybujało (w końcu było ciut po sztormie), ale dla PRAWDZIWEGO STATKU PIRACKIEGO warto się było trochę poświęcić (myślę tu o rodzicach bo dzieciom bujanie właściwie nie przeszkadzało). Precel w ramionach Ojca żegna port:
Ahoj żeglarzu!
Można było w spokoju pohuśtać się na huśtawce:
A na koniec przejść się po zupełnie pustym, nowootwartym Parku Dinozaurów w Łebie. Park jest trzy razy większy od parku w Bałtowie, urządzony naprawdę z głową, z wieloma dodatkowymi (bezpłatnymi) atrakacjami takimi jak możliwość poprowadzenia wozu Freda Flinstona lub pobyczenia się w hamakach. Byliśmy zachwyceni i nieco zmęczeni prawie 2 km trasą po różnych terenach - od podmokłych łąk aż po leśne wertepy. Kierownictwo parku w jakiś magiczny sposób zadbało o to byśmy po drodze nie spotkali ani jednego komara. Za to dinozaurów było kilkadziesiąt. A do tego niektóre z nich ryczały.
No a teraz już w domu. Wracamy do życia w Wielkim Młynie. Niestety :( |