Zapiski na kolanie o Preclu i o potworze zwanym SMA, , zawierające nasze osobiste pomysły i doświadczenia z życia z niepełnosprawnym ruchowo dzieckiem. Uwaga: wszelkie metody, doświadczenia i komentarze przedstawione w blogu stanowią osobiste doświadczenia i odczucia naszej Rodziny i nie stanowią naukowej podstawy do prowadzenia dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni. Blog jest chroniony osobistymi prawami autorskimi. Kopiowanie, przytaczanie jego zawartości lub wykorzystywanie pomysłów na wpis bez zgody Autorów bloga jest sprzeczne z prawem.
Archiwum
Zakładki:
01. Aby Pomóc Szymkowi...
02. Co to jest Potwór?
03. Do Strony o SMA
04. Księga Gości
05. Napisz do nas
06. English
07. Precel w mediach
08. Tu nam pomagają
Dzieci
Forum
Inicjatywy
Inni vs reszta świata
Nasze miasto a w nim
Po drugiej stronie barykady
Rodzinnie i przyjacielsko
Z pasją....
Z SMA w Polsce
Zakurzone
Tagi
Locations of visitors to this page
czwartek, 31 maja 2007
Ci co czytają Julkowego bloga wiedzą już o inicjatywie "Kołderki za jeden uśmiech" prowadzonej przez Kołderkowe Ciocie. Ich celem jest haftowanie i szycie kołderek dla ciężko chorych dzieci aby osłodzić im ciężkie dni. Każda kołderka jest inna, indywidualnie dopasowana do cech przyszłego Właściciela.
I każda jest piękna :)
Gdybym miała czas chętnie bym się przyłączyła do kołderkowego projektu, przynajmniej wyszywając niezbędne kwadraciki, bo to akurat umiem.
Póki co już wiemy, że nasz Precelek dostanie śliczną kołderkę z misiami i stworami z Ulicy Sezamkowej, która wręcz uwielbia (dla wnikliwych - faworytem Szmyka jest Elmo, który jak ostatnio sprawdziliśmy nie nosi damskiej czerwonej torebki). Poszczególne elementy preclowej kołderki można zobaczyć tutaj.
A informacja o Szymku na kołderkowej stronie jest tu
Kochane Kołderkowe Ciocie- to co robicie jest naprawdę wspaniałe. Dzieciom dajecie wspaniałych haftowanych Przyjaciół, a nam Rodzicom poczucie, że jednak są na świecie ludzie, którym los naszych dzieci nie jest obojętny.
Będziemy robić wszystko aby propagować Wasz pomysł na życie.
I czekamy z Szymkiem na piękną kołderkę:)
poniedziałek, 28 maja 2007
Na przełomie stycznia i lutego 2006 roku trafiliśmy na X piętro CZD na Oddział Neurologii i Epileptologii.
Najpierw z sześc razy, na każdym etapie trwającego dwie godziny przyjęcia do szpitala odpowiadalismy na zestaw pytań: która ciąża, który poród, jaki poród, w którym tygodniu, waga, punkty apgar..... (a wszystko było napisane w karcie). A potem wstawiono nas na oddział, z zastrzeżeniem, że rodzice nie mogą zostawać z dzieckiem na noc, bo "takie na oddziale panują zwyczaje, że nie".
Pobrano nam krew (olbrzymi siniak na głowie Precla), powiedziano jakie badania nas czekają (EMG, echo serca, badania krwi w kierunku chorób metabolicznych) i zostawiono samych sobie. Poprosiliśmy więc o przepustkę dla Szymka (karmiłam piersią i jakoś zostawienie go na oddziale na noc nie mieściło się w głowie) i poszliśmy do wynajętego pokoju hotelowego.
Tam Ojciec nas zostawił i wrócił do Maksiuty.
A ja przez cztery kolejne wieczory spędzałam najsamotniejsze i najbardziej czarne chwile mojego życia. Nie pomagały książki ani zabrane z domu radio. Cały czas myślałam o rzeczach, które w ciągu dnia widziałam na Oddziale (a niestety dla mnie osoby właściwie pierwszy raz trafiającej z dzieckiem do szpitala było to zbyt dużo) i o tym, co się dzieje z Preclem.
A działo się coś bardzo niedobrego. Dotarło to do mnie w momencie kiedy musiałam umyć szymkową pupę pod hotelową umywalką. Złapałam go ręką pod brzuszek a on zwisał sobie zupełnie bezwładnie, jak wypchana szmaciana laleczka. Wiedziałam, że jest coś bardzo nie tak, ale miałam silne przekonanie, że jest to coś co sie da wyleczyć.
Moją frustracje pogłębiała bariera informacyjna na Oddziale Neurologii. Nie było wiadomo jakie badania i kiedy zostaną przeprowadzone. Do histerii doprowadziła mnie Pani Doktor z  Oddziału która "badała" Precla trzymając go za nogi głową w dół i potrząsając wołając jednoczesnie "patrzcie jaki on wiotki" oraz zawołana na konsultacje Pani Profesor, której nazwiska nie miałam szczęścia poznać, która obejrzawszy nasze dziecko stwierdziła, że Szymek ma zmarszczkę nakątną, więc należy wykonać badania genetyczne. I takie badania wykonano, natomiast ja jeszcze przez miesiąc po pobraniu krwi nie byłam w stanie wyciągnąć od Lekarza Prowadzącego, w jakim kierunku diagnozowano Precla. Pani Dr. T wiła się mówiąc "że w kierunku choroby mięśniowej" albo wogóle unikała odpowiedzi. Potem tych naszych pytań chyba było za dużo, bo zaczęto okazywać nam zniecierpliwienie przy każdej próbie uzyskania informacji.
W sumie przez cztery dni pobytu na diagnostyce wykonano nam dwa badania krwi i echo serca (które trwało coś ok 15 minut), w hotelu zostawilismy kilka setek za cztery doby pobytu.
I wróciliśmy do domu.
Jedyne co wynieśliśmy z pierwszego kontaktu z CZD to górę pytań, na które nie udzielono nam odpowiedzi i szok rodziców, którzy pierwszy raz trafiają w takie miejsce.
A tak było beztrosko.........
sobota, 26 maja 2007

Właśnie zuważyliśmy, że jesteśmy na pierwszej stronie Gazety ! I ludzie klikają! Ciekawa jestem ilu tu zostanie na dłużej.........

Od zeszłej niedzieli z cichą nadzieją przyglądamy się niezwykłemu ożywieniu ruchowemu Precla. Po pierwsze sam odwraca na leżąco głowę z lewa na prawo (w drugą stronę już nie wychodzi), po drugie bardzo usprawnił swoje rączki i teraz zabawy w stylu przewracanie stron książeczki czy obracanie wiatraczka nie są nam straszne. Po trzecie znowu zaczyna poruszać stopami (delikatnie, ale jednak!). Notujemy też odczuwalne większe napięcie mięśniowe.
Przed nami jednak wciąż dużo pracy i fizjoterapii - zlikwidowanie przykurczy, które zaczęły pojawiać się w kolankach i stopach, usprawnienie paluszków u rączek no i dalsza walka o głowę (choć już nawet nie marzę aby Precel nauczył się ją trzymać).
O przyczynienie się do naszych małych sukcesów podejrzewamy koenzym Q10 i olej lniany (brane od ponad miesiąca) oraz bardzo nieśmiało kwas walproinowy. Nie bez znaczenia są również wtorkowe zajęcia z Panią Pauliną - nauka komunikacji ze światem ożywiła nasze dziecko nie tylko umysłowo ale i fizycznie.
 
Ktoś mi kiedyś powiedział, że fizjoterapia dziecka z SMA polega głównie na walce o utrzymanie istniejącego stanu rzeczy. Niniejszym przeczę temu twierdzeniu. Nasze dzieciaczki robią postępy, trzeba tylko nad nimi umiejętnie pracować.
czwartek, 24 maja 2007

W reklamie promującej zatrudnianie niepełnosprawnych w Polsce w ramach kampanii "Pełnosprawni w pracy" człowieka na wózku zagrał zdrowy aktor, bo jak tłumaczy PFRON takie podejście jest... tańsze i efektywniejsze, niż zatrudnienie do tej roli autentycznego niepełnosprawnego.

Pisze dziś o tym min. Dziennik.

Samobój. I to kosztowny. Tylko dlaczego rykoszetem dostaną tysiące bezrobotnych niepełnosprawnych?

Ludzie na eksponowanych stanowiskach wykazujący objawy głupoty powinni być przymusowo z niej leczeni.

poniedziałek, 21 maja 2007
Pisząc o Centrum Zdrowia Dziecka zawsze mam mieszane uczucia. Bo szczerze nie lubię tego miejsca. Znienawidziłam od początku zarówno budynek i ciągnące się kilometrami korytarze jak i samą Instytucję. Ktoś może powiedzieć, że to miejsce niezbędne, dające nadzieję wielu rodzinom i życie dla tysięcy dzieci. Ale dla nas w większości relacji było bezosobowe, samotne, bezduszne i bolesne.
To miejsce o jednym z największych stężeń cierpienia ludzkiego na metr kwadratowy. 
I miejsce uczące pokory do życia.
Zawsze wszystkim, którzy odnoszą się z zerowym zrozumieniem do naszych problemów lub problemów innych rodziców nieuleczalnie chorych dzieci, uważającym, że mamy nawalone w głowach i Bóg wie jakie żądania w stosunku do rodziny, społeczeństwa i władz, mam ochotę zaproponować wycieczkę do CZD. A najlepiej od razu na pierwsze piętro pod słynne srebrne drzwi. Są tam krzesełka, można sobie usiąść, popatrzeć i posłuchać jak wygląda czekanie na śmierć własnego dziecka. Jak się traci nadzieję, jak się umiera z niepokoju i braku informacji. Jak dorośli potężni mężczyżni płaczą jak małe dzieci. Jak matki zamiast sweterków dziergają opaski na rurki tracheo dla swoich pociech. Jak wymiana rurek, cewników, operacje, przetaczanie krwi, bezdechy i reanimacja stają się dla niektórych rodziców codziennością. Myślę, ze prawie każdy w tym miejscu zmięknie, zacznie doceniać to co ma i zacząć szanować rodziców chorych dzieci.
Taki "Kombinat" jakim jest Centrum niestety sprawia, że chorzy stają się tam w wielu przypadkach bezosobowi. Tysiące przewijających się po korytarzach małych pacjentów i ich rodzin właściwie uniemożliwiają indywidualne podejście do każdego z nich. Przychodzisz, czekasz w tłumie pacjentów, ściskając w ręku kartę ze swoim numerkiem (każdy pacjent jest "zanumerowany" - inaczej nie można by było nimi zarządzać przy takiej ilości): "dzień dobry, my tu nic nie poradzimy bo się nie zajmujemy SMA, do widzenia kolejny przypadek proszę"......
Nie byłabym oczywiście sprawiedliwa, gdybym nie powiedziała, że nawet i w Kombinacie czasem czuliśmy się tak jak powinien się czuć każdy pacjent: wysłuchany z uwagą, doinformowany i szanowany za swoje poglądy.
Nie powiem złego słowa na chirurgów z Kliniki Chirurgii i Transplantologii, którzy po pierwsze zawsze dokładnie nas informowali co będzie się działo z Szymkiem, a po drugie uratowali mu życie gdy wpadł w bezdech. Ani też na przemiłą i mądrą Panią Psycholog, z którą mieliśmy do czynienia podczas naszego pobytu na OIOMie. 
Bardzo dobrze wspominamy Dr. Ł. z Poradni Żywienia oraz Doktora K. z OIOM I, który jako chyba jedyny odpowiadał na nasze wszystkie pytania i był nastawiony na prawdziwy dialog z rodzicami. Dużo serca okazały nam starsze Ciocie z Oddziału Intensywnej Terapii uczące nas zasad pielęgnacji, odsysania i zmian opatrunków. No i oczywiście nasz Pan Marek, który na codzień ćwiczy z Preclem u nas w domu, a w szpitalu zawsze znalazł chwilę aby nas odwiedzić i podyskutować o tym, co możemy zrobić na oddziale, aby nie stracić nic z osiągów ruchowych.
Każde miejsce tworzą ludzie, to od nich zależy czy jest ono przyjazne i nie powodujące dodatkowego obciążenia stresem czy nie. Nie chciałabym wracać na żaden z oddziałów, niezależnie od tego czy było tam "ludzko" czy nie, ale są w CZD miejsca, których szczególnie nie lubię i to nie ze względu na Precla, tylko na wyniesione z nich bardzo przykre doświadczenia z ludzmi właśnie.

Drugi raz do neurologa trafilismy w połowie stycznia. Precel miał już wtedy 12 tygodni. Postępów na rehabilitacji prawie żadnych. Zaczeliśmy się już trochę denerwować i powoli liczyć dni do pierwszego samodzielnego trzymania głowy. Pani Neurolog tym razem miała zmartwioną minę. Bardzo uważnie obstukała Precla młoteczkiem i w ekspresowym tempie załatwiła nam miejsce na Oddziale Neurolgii CZD. Czekała nas diagnostyka. Później, już po diagnozie powiedziała nam, że podaczas tego badania była przerażona stanem Szymka - nie miał już prawie odruchów głębokich. Powiedziała, że dzieci w takim stanie neurologicznym nie trafiają raczej z ulicy na wizytę lekarską tak jak my, a ona widziała przypadek SMA po raz drugi w swoim życiu.

Dlatego zakładamy, że najbardziej choroba postąpiła właśnie między 6 a 12 tygodniem życia. Precel zaczął się zmieniać z rozwrzeszczanego i w miarę ruchliwego niemowlaka w zupełnie inne dziecko. A może to my zaczeliśmy wtedy patrzeć na niego zupełnie inaczej?

niedziela, 20 maja 2007

Małe białe pojawiają się niespodziewanie. Na pierwszego czekaliśmy coś około 16 miesięcy, a potem się po prostu pojawił. Potem już nie było tak fajnie. Marcowy okupiony został gigantycznym ślinieniem i infekcją z glutem zakończoną epizodem na OIOMie. Tegotygodniowy - maniakalnym wręcz ślinotokiem, biegunką i stanem podgorączkowym, pojawiającym się i znikającym co kilka dni. Ale jest... znowu jedynka, tym razem górna. Bieleje sobie nieśmiało z nabrzmiałego dziąsła. Precel nie chce jej pokazywać (buzia zamknięta w ciup), więc o jej istnieniu dowiedzieliśmy się zupełnym przypadkiem.

Mam tylko nadzieję, że tym razem odbędzie się bez angażowania sił medycznych i szalejących infekcji zakończonych antybiotykiem (bądź co bądź szykuje się strajk lekarzy).

Narazie i w nocy i rano mamy w domu małe pogotowie resuscytacyjne, bo ilość śliny jest tak duża, że na raz nie daje się ani odessać ani przewentylować. Saturacja szaleje, alarmy wyją a my walczymy za każdym razem po 20 minut.

A przed nami jeszcze z 17 zębów.

sobota, 19 maja 2007

Schody zaczęły się gdy Precel skonczył sześć tygodni, a my tadycyjnie poszliśmy do przychodni go zaszczepić. Szczęście w nieszczęściu, że chodzilismy do bardzo przytomnej Pani Pediatry, która wcześniej prowadząc Maksiutę nigdy nie lekceważyła żadnych objawów i nie oszczędzała na badaniach. To ona zobaczyła, że Szymon ma obniżone napięcie mięśniowe (dla nas wychowujących Maksiutę z podwyższonym napięciem Precel wyglądał i zachowywał się normalnie). Zabroniła szczepień i wysłała nas na badania (USG przez ciemiączko, badania krwi no i oczywiście neurolog). USG nic nie wykazało (UFF), z krwią było gorzej bo okazało się, że w ciąży musiałam przechodzić cytomegalię i że Precel ma znacznie podwyższony poziom przeciwciał. Pani Neurolog również podążyła tym tropem, kazała obserwować, rehabilitować i po kilku tygodniach powtórzyć badania na cytomegalię by sprawdzić czy poziom przeciwciał spada (jak spada to dobrze - dziecko nie zaraziło się od matki).

Tak więc na tydzień przed gwiazdką zaczeliśmy rehabilitację - narazie dwa razy w tygodniu. Precel nie trzymał głowy i dużo spał. Ale miał niepohamowany apetyt i bardzo silny odruch ssania. Jakoś te problemy nie spędzały nam to snu z powiek. Maksiuta głowę trzymał dość późno, problemy z napięciem mięsniowym (tyle że w drugą stronę) też przechodziliśmy. Jako rozsądni rodzice nie panikowaliśmy, wierząc że rehabilitacja działa cuda i że wszystko się dobrze skończy.

czwartek, 17 maja 2007
Tydzień temu pojawił się nowy pomysł zainicjowany przez jedną z Mam dzieci z Potworem - zorganizowanie w czerwcu przyszłego roku ogólnopolskiego zjazdu Rodzin i Dzieci z Rdzeniowym Zanikiem Mięśni. Celem zjazdu jest ogólna wymiana doświadczeń na temat codziennego życia, diety, rehabilitacji. No i oczywiście poznania się :)
Większość zaprzyjaźnionych z nami rodzin z chęcią weźmie udział w Zjeździe. Może któryś z naszych Czytelników, będących "w grupie docelowej" chciałby się przyłączyć i wypowiedzieć na ten temat?
Bierzący wątek forumowy na temat zjazdu jest tu. Zapraszamy do przyłączenia się do dyskusji i wymiany pomysłów.
Dziś parę słow o dwóch inicjatywach które pojawiły się w tym roku, a dotyczą bezpośrednio życia z Potworem.
Pierwszą z nich, o której wiem już od kilku miesięcy, jest doroczna konferencja EAMDA, która odbędzie się pod koniec Września w Warszawie. I to po raz pierwszy w Polsce.
EAMDA to skrót od European Alliance of Neuromuscular Disorders Associations (w wolnym tłumaczeniu to Europejskie Przymierze Organizacji ds. Chorób Nerwowo - Mięśniowych). EAMDA zrzesza ponad 23 organizacje z całej Europy (w tym nasze Towarzystwo Zwalczania Chorób Mięśni). Głównymi celami Przymierza jest:
  • działanie w kierunku ulepszenia jakości zycia chorych na choroby nerwowo- mięśniowe
  • szeroko pojęta edukacja oraz pośredniczenie w wymianie doświadczeń
I własnie taka wymiana doświadczeń (mam nadzieję) nastąpi w hotelu Kyriad Prestige we wrześniu. Plan konferencji przewiduje sesje poswięcone Dystrofii Mięśniowej Duchenne'a (próby kliniczne, aspekty opieki nad chorymi, problem kardiopatii); SMA (próby kliniczne, standard opieki w Polsce) oraz terapii komórkami macierzystymi.
Szczegółowy plan spotkania (po angielsku) można znaleźć na oficjalnej stronie EAMDA
 
Polskim Organizatorom konferencji (do których i ja mam nadzieję niedługo dołączyć) zależy na medialnym nagłośnieniu sprawy. Ważne jest to aby o Potworze i innych jego pochodnych zaczęło się w naszym kraju robić głośno. Chorych w Polsce na schorzenia nerwowo-mięśniowe są tysiące (jak i nie dziesiątki tysięcy), ich problemy nie dość że trwają latami, ich rozwiązywanie jest dla nich bardzo kosztowne, a zdecydowana większość tych chorób w chwili obecnej nie daje najmniejszej szansy na wyzdrowienie. To chyba wystarczająco dużo powodów, aby zacząć o nich publicznie mówić, a konferencja jest dobrą okazją.
Poszukuję więc kontaktów do dziennikarzy, którzy mogli by coś we właściwym czasie na temat naszych problemów napisać. Jeśli więć kogoś znacie, dajcie proszę znać.
wtorek, 15 maja 2007
Ta seria wpisów powinna właściwie pojawić się na samym początku bloga. Ale potrzebowaliśmy czasu aby móc o tym napisać w miarę spokojnie i obiektywnie, bez dużych emocji. Bo winni jesteśmy jeszcze napisanie historii jak to z Potworem było od samiutkiego początku.
 
Precel urodził się za wcześnie. Zaskoczył nas między pospiesznie wykonywanym remontem, urodzinami Ojca a 1 Listopada. Mimo swoich ukończonych 36 tygodni ważył i wyglądał całkiem przyzwoicie (3400 g) - tak, że Wujek Szymka po wizycie w szpitalu stwierdził "Widzieliśmy Precla". No i tak już zostało.....
Naszym jedynym zmartwieniem z tych czasów były lekko zasiniałe paznokietki u rączki. Szymek spał, jadł, robił kupy jak każdy normalny noworodek. I wrzeszczał najgłośniej na całym Oddziale, tak, że z drugiego końca przybiegała położna dowiedzieć się czy nie robię mu krzywdy. Ta siła głosu długo nas później będzie utrzymywała w przekonaniu o mylności diagnozy - wszak dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni nie krzyczą tylko cichutko piszczą......
Przez pierwsze sześć tygodni byliśmy wniebowięci - nowe dziecko w domu to przecież nowe szczęście, tym bardziej, że bardzo szybko okazało się, iż moja Siostra również jest w ciąży. Oczyma duszy widziałam nasze dzieci baraszkujące po podłodze w następne Boże Narodzenie. Ale jak wiecie stało się zupełnie inaczej....
poniedziałek, 14 maja 2007
1 Maja zakończyliśmy część Akcji Szymek polegającej na zbieraniu funduszy na sprzęt i rehabilitację Precla pochodzących z 1% podatku. Z informacji uzyskanych od Fundacji Przyjaciele Szpitala Dziecięcego przy Litewskiej wiemy, że wsparło nas ponad 250 osób. W związku z powyższym:

Członkom Naszych Rodzin, za zaangażowanie się w zbieranie funduszy i rozpowszechnianie informacji o Akcji Szymek

Naszym Przyjaciołom i Znajomym (również za powyższe)

Wszystkim odbiorcom naszych maili z prośbą o pomoc - za nie wykasowanie ich tylko przesyłanie dalej ze stosownym komentarzem

Mojemu Pracodawcy za to, że poparł Akcję Szymek i w tym roku, zezwalając min. na oplakatowanie biura

Wszystkim dobrym duszom, które umieściły apel o pomoc na swoich stronach internetowych lub miejscach uczęszczanych (o czym często dowiadywaliśmy się zupełnie przypadkiem a wtedy robiło nam się ciepło na sercu)  a w szczególności Ewie G, Magencie, Magdzie W. oraz nieocenionej Sylwii O., która niezmiennie trzyma rękę na pulsie sprawdzając co w Fundacji słychać.

Naszym kolegom z pracy, którzy niezaleznie od Akcji Szymek przychodzili i pytali na jakie konto mają wpłacić 1% swojego podatku, bo z gory założyli, że przekażą go właśnie Preclowi.

A przede wszystkim Wszystkim tym, którzy zdecydowali się podarować 1%  dla Szymona.
Dziękujemy
Dostaliśmy od Was dużo więcej niż pieniądze
Dostaliśmy miejsce w Waszych sercach i olbrzymi kredyt zaufania.
Postaramy się go nie zawieść.
piątek, 11 maja 2007

Dziś zaczynamy podawanie Szymkowi kwasu walproinowego (z ang. VPA) - dla niewtajemniczonych jest to jedna z substancji uznawana za potencjalny lek zmniejszający skutki Rdzeniowego Zaniku Mięśni.

Czekaliśmy na ten moment od chwili diagnozy, kiedy to rozpaczliwie przekopując się przez materiały dotyczące SMA, trafiliśmy na informację o próbach leczenia Potwora kwasem walproinowym. Artykuł Dr. Jędrzejowskiej, który wtedy znaleźlismy dał nam nadzieję na to, że jest środek, który potencjalnie pomoże się ruszać naszemu dziecku.

I czekaliśmy, bo najpierw Szymek był za malutki, a ryzyko zbyt duże, gdyż w pierwszym momencie kuracji istnieje ryzyko pogorszenia wydolności oddechowej, co mogło doprowadzić nas w przyspieszonym tempie do tracheotomii.

Potem pora niezbyt odpowiednia - zima, katary, infekcje i szpitale - zupełnie nie na eksperymenty medyczne.

Więc czekaliśmy, z nadzieją, że gdy już zaczniemy, będziemy mieli efekty. Naukowe podstawy implikują, że teoretycznie przy ilości kopii genu SMN2 u Szymka (gen związany z SMA) efekty będą. 

Teraz, gdy i tak mamy już tracheo, a wiosna za oknem, możemy rozpocząć próbę podwyższenia napięcia mięśniowego u Szymka (oczywiście po cichu i na własne ryzyko, gdyż VPA jest jeszcze w fazie badań klinicznych).

I rozpocząć konfrontację długo pielęgnowanej nadziei z życiem.

A jak się nie uda....Mówimy, że nic się nie stanie, będziemy żyć tak jak do tej pory. 

Ale czy zostanie nam jeszcze jakiś okruch nadziei na pozostałe metody walki z Potworem?

wtorek, 08 maja 2007

Miś:

Miś mruczy, miś podaje łapę, miś daje się odsysać, a przede wszystkim pomaga nam rozmawiać.

Dziś nauczyliśmy się komunikowania wyboru poprzez pokazywanie wzrokiem odpowiedniej tablicy: jednej z oznakowaniem "tak", drugiej z oznakowaniem "nie".

Muszę pochwalić Szymka - idzie mu świetnie. W mig załapał o co chodzi. I teraz gdy pytamy "Precelku zmienić Ci pieluszkę?" odpowiedzi są jednoznaczne :)

 
1 , 2