Zapiski na kolanie o Preclu i o potworze zwanym SMA, , zawierające nasze osobiste pomysły i doświadczenia z życia z niepełnosprawnym ruchowo dzieckiem. Uwaga: wszelkie metody, doświadczenia i komentarze przedstawione w blogu stanowią osobiste doświadczenia i odczucia naszej Rodziny i nie stanowią naukowej podstawy do prowadzenia dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni. Blog jest chroniony osobistymi prawami autorskimi. Kopiowanie, przytaczanie jego zawartości lub wykorzystywanie pomysłów na wpis bez zgody Autorów bloga jest sprzeczne z prawem.
Archiwum
Zakładki:
01. Aby Pomóc Szymkowi...
02. Co to jest Potwór?
03. Do Strony o SMA
04. Księga Gości
05. Napisz do nas
06. English
07. Precel w mediach
08. Tu nam pomagają
Dzieci
Forum
Inicjatywy
Inni vs reszta świata
Nasze miasto a w nim
Po drugiej stronie barykady
Rodzinnie i przyjacielsko
Z pasją....
Z SMA w Polsce
Zakurzone
Tagi
Locations of visitors to this page
sobota, 28 marca 2015

Przez drzwi, które uchyliliśmy dzięki komputerowi sterowanemu wzrokiem wpadł do nas cały świat.

Dziś Precel został posiadaczem maila i konta na Skype. I mógł SAM zadzwonić do babci.

Dzięki sprzętowi może pisać i odbierać maile. Korzystać z internetu. Grać. Oglądać filmy. I czytać nie prosząc o przekręcenie strony.

Przed nami wiele wiele pracy. Póki co ćwiczymy w programie Look to Learn. Szymona niezmiernie motywuje pobijanie własnych rekordów. Chyba wsiąkł dokumentnie. R2D2 jak widzicie został porzucony.

wtorek, 24 marca 2015

Już jest!

Cieszymy się i zgłębiamy tajniki sterowania wzrokiem (gdzie do diabła jest wirtualna klawiatura pomagająca sterować Windowsem???)

A Precel mruga z przejęciem. Teraz już się nie wywinie od nauki pisania.

sobota, 14 marca 2015

Jak pewnie wiecie, dziewięć lat temu temat SMA w Polsce był informacyjną pustynią. Rodzice po diagnozie plątali się po omacku z trudem zdobywając wiedzę i kontakty.

A my plącząc się nieco stworzyliśmy Preclową, której zadaniem było się dzielenie wszelką wiedzą zdobytą na temat rdzeniowego zaniku mięśni typu 1. SMA 1 po swojemu w pierwszym wpisie nazwałam Potworem, który zmienił nasze życie, bo od momentu diagnozy, żyjemy ze świadomością, że codziennie Precla jest coraz mniej. Termin o dziwo się przyjął i teraz jest używany przez innych jako alternatywne określenie SMA.

Dziś, mimo, że ta druga strona mocy bardzo często wciąż sprzedaje informacje wzięte z palca (ostatnim kuriozum, które usłyszałam było to, że dziecku choremu na zanik mięśni niepotrzebna jest rehabilitacja bo przecież nie ma szans na to aby bez mięśni potworzyły mu się przykurcze), mamy Fundację SMA oraz grupę prężnych rodziców, którzy na tyle konstruktywnie pozbierali się ze swoim potworem, że zawsze są w stanie pomóc innym.

Dlatego, może i późno, ale z dumą przedstawiam Dziecko Fundacji SMA, które wesprze wszystkich w życiu z chorobą:

Poradnik jest do pobrania na stronie Fundacji SMA. Na tej samej stronie można zamówić jego papierową wersję.

Dziękuję wszystkim, którzy zupełnie bezinteresownie i nie biorąc za swoją pracę wynagrodzeń przyczynili się do powstania tej publikacji.

środa, 04 marca 2015

Czwartego marca 2006 było tak.

Minęło dziewięć lat.

Ludzie wciąż odbierają suche telefony

albo otwierają listy.

I zostają sami w tym najgorszym momencie ich życia.

A potem dostają dodatkowego kopa wiedzą z książek sprzed kilkunastu lat

(Czy wiecie, że lekarze przy diagnozie wciąż sprzedają bajeczkę o nieodwołalnych dwóch latach życia, nie dając żadnej rzetelnej informacji co potem?)

Najgorszy jak dotąd dzień w naszym życiu.

Dobrze, że to było tak dawno.

Trochę się go udało zapomnieć. Trochę nie.

20:03, gofer73
Link Komentarze (4) »
niedziela, 01 marca 2015

No dobra. Biję się w piersi za zaniedbanie blogaska, ale usprawiedliwienie mam proste:

Otóż smarkamy. Smarkamy we czwórkę. Smarkamy już trzeci tydzień. Precel smarka profilaktycznie na antybiotyku. Ja smarkam w pracy, gdzie smarka pół mojego biura. I Szefowa też.

Ojciec smarka w międzyczasie, bo ktoś smarkającym Preclem zająć się musi. Maks smarka w kratkę - raz w szkole a raz nie.

Do tego podróżowałam. Z ziemi polskiej do włoskiej. Na zjazd organizacji SMA Europe, zrzeszającej organizacje pacjenckie SMA takie jak Fundacja SMA. Bo Olesoxime, bo kilka innych obiecujących prób klinicznych. Bo w końcu trzeba wspólnie zadecydować jakie badania nad lekiem sfinansować z zebranych w zeszłym roku pieniędzy.

Bo pytanie "co dalej" zadaje każdy chory albo bliski osoby chorej na SMA i  trzeba powoli zacząć poznawać odpowiedzi.

Spotkanie miało odbyć się w Rzymie. Mieście Wiecznym i Pięknym. Oraz jak zakładałam ciepłym i wiosennym. A czego jak czego, ale moje wymęczone katarem i kaszlem ciało - słońca i plus 15 na termometrze nie odmówi.

Wyobraźnia wyobraźnią a rzeczywistość rzeczywistością.

Rzym okazał się odległym o dwie godziny jazdy od centrum kampusem studenckim. A pogoda miała niewiele wspólnego z moimi wyobrażeniami. Po prostu było zimno. Zimno jak w psiarni. Zimno tak, że zaczęli na nie narzekać Anglicy, których zawsze miałam za ludzi z tzw. zimnego chowu.

Mimo, że atmosfera spotkań była gorąca, a termin "polska gościnność" powinna właściwie zostać zastąpiona przez "włoską gościnność", zimno dalej pozostało zimnem.

Uwierzycie w to co piszę patrząc na poniższą fotografię wykonaną wczoraj tuż przed zachodem słońca?

Nie jestem rozczarowana. Przeżyłam cztery ostatnie dni na najwyższych obrotach. Udało mi się zobaczyć Koloseum. Powaliły mnie rozmiary miasta oraz ilości murów starych na dwa tysiące lat. Kupiłam kilka fajnych serów. Oraz Koloseum do trzymania w szymonowej ręce. I cały czas kombinuję jak przywieźć do Rzymu Precla (bo z resztą rodziny to nie problem).

Ale nigdy, przenigdy już nie założę, że gdzieś gdzie ma być ciepło i słonecznie tak będzie.

Zwłaszcza pod koniec lutego.

PS. Usłyszeć po powrocie "Stęskniłem się Mamusiu" bezcenne.