Zapiski na kolanie o Preclu i o potworze zwanym SMA, , zawierające nasze osobiste pomysły i doświadczenia z życia z niepełnosprawnym ruchowo dzieckiem. Uwaga: wszelkie metody, doświadczenia i komentarze przedstawione w blogu stanowią osobiste doświadczenia i odczucia naszej Rodziny i nie stanowią naukowej podstawy do prowadzenia dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni. Blog jest chroniony osobistymi prawami autorskimi. Kopiowanie, przytaczanie jego zawartości lub wykorzystywanie pomysłów na wpis bez zgody Autorów bloga jest sprzeczne z prawem.
Archiwum
Zakładki:
01. Aby Pomóc Szymkowi...
02. Co to jest Potwór?
03. Do Strony o SMA
04. Księga Gości
05. Napisz do nas
06. English
07. Precel w mediach
08. Tu nam pomagają
Dzieci
Forum
Inicjatywy
Inni vs reszta świata
Nasze miasto a w nim
Po drugiej stronie barykady
Rodzinnie i przyjacielsko
Z pasją....
Z SMA w Polsce
Zakurzone
Tagi
Locations of visitors to this page
piątek, 30 listopada 2012

Niniejszym ogłaszam, że udaję się na odwyk od internetu wymuszony moimi służbowymi obowiązkami.

Aż do Mikołajek przebywać będę w miejscu, które kojarzy mi się z walcem i pewnym przepięknym domem, który chciałabym mieć na własnej ulicy.

W międzyczasie ze łzami w oczach Precel upomina się o grę "pif paf", której reklamę zobaczył w TV.

Niestety jest to Far Cry 3.

I weź wychowaj tu dziecko.

Byłam dziś w Poradni złożyć papiery do nauczania indywidualnego. Trafiłam na mądrą, ciepłą Panią Psycholog, z którą ucięłam sobie 40 minutową pogawędkę.

Zdziwiona była trzema rzeczami:

Że Precel nie sika w pieluchę tylko sygnalizuje potrzeby. Zdziwienie było, że go tego nauczyliśmy i wymagamy korzystania z kaczki.

Że nie jesteśmy wobec dziecka bezkrytyczni tylko je wychowujemy (np. nie kupując Far Cry3 albo innego pif paf tylko dlatego, że jest niepełnosprawne)

Że jako rodzice nie mamy postawy roszczeniowej.

Podążając za tym zdziwieniem zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę większość rodziców niepełnosprawnych dzieci ma postawę roszczeniową? Wiecie czym się może ona przejawia? Bo ja jakoś na takiego rodzica nie trafiłam. Za to trafiłam na rodziców walczących o swoje.

Ale ja z kosmosu jestem przecież.

Chłopaków zostawiam z Babciami, a Was z głosowaniem, które właśnie wpada na ostatnią prostą. Klikajcie proszę codziennie, a ja Wam po powrocie obiecuję wirtualny Tort Sachera. O ile nie załatwią mnie objawy odstawienia internetu.

środa, 28 listopada 2012

Najpierw obrazek (źródło: FSMA.org)

Tak wygląda rozwój prac badawczych nad lekiem na SMA w 2012 roku. Trzynaście różnych terapii. Jedynie trzy z nich znajduje się w fazie "Clinical Development" czyli prób klinicznych. Najbardziej zaawansowane prace są nad Olesoxime (przypominam, że próba kliniczna związana z tą substancją odbywa się również i w Polsce).

Następne w kolejce jest Quinazoline pilotowane przez firmę Repligen.

Na czerwono zaznaczono projekty współfinasowane przez amerykańską organizację Families of SMA.

W ramce istniejące już substancje badane pod kątem leczenia SMA min: kwas walproinowy, riluzol, salbutamol.

Tyle tytułem aktualizacji.

Niezainteresowanym polecam debiut Preclowej na Macierzyństwie bez Lukru.

niedziela, 25 listopada 2012

"Faje" (fajne) mruga do mnie porozumiewawczo Precel za każdym razem gdy ogląda w telewizji blok reklamowy.

Faje są klocki Lego Star Wars.

Faje też klocki Cobi jungle czy jakoś tam.

I matchboksy są faje,

oraz wszystkie rodzaje interaktywnych zwierzątek.

W ogóle wszystko jest faje cokolwiek znajdzie się w przerwie pomiędzy programami.

Jak co roku w okolicach połowy listopada producenci zabawek zaczynają robić dzieciom wodę z mózgu, generując potrzebę posiadania. I nic więcej.

Bo gdy już młody człowiek dostanie tę wspaniałą, wypatrzoną w telewizji zabawkę, wcale się nią nie musi bawić.

Wystarczy, że rodzice-jelenie wydali na nią pieniądze.

A dziecko jakieś 10 minut po rozpakowaniu tego cuda wróci do swojej ukochanej przytulanki.

Albo klocka R2D2.

Albo jak ostatnio do pojemniczka po jogurcie.

Sezon na jelenie uważam za otwarty. Choć zastanawiam się, czy ogłupianie reklamami 4, 5 czy 7-latków nie powinno być karalne.

wtorek, 20 listopada 2012

Niezmiernie mnie ciekawi statystyczny obraz pracującego rodzica dziecka niepełnosprawnego.  Jak spełnia się w życiu zawodowym?

Czy ma szansę na karierę? Jak jest postrzegany przez pracodawców?

Jako wierny pracownik czy jako osoba stojąca bez przerwy w rozkroku pomiędzy domem a firmą?

I czy w ogóle warto wspominać pracodawcom o tym drobnym "szczególe" czekającym na nas w domu i wymagającym olbrzymich pokładów czasu, pracy i miłości?

Jak jest u nas? Jestem aktywna zawodowo.

Byłam też aktywna podczas diagnostyki Precla i w czasie batalii o oddech zakończonej tracheotomią.

Moi ówcześni szefowie wiedzieli w czym rzecz. W najgorszym okresie miałam w dyskretny sposób zapewnioną pewną elastyczność przychodzenia do pracy. Żadne tam rozpieszczanie, po prostu konstruktywne zrozumienie.

Minęło kilka lat i dziś o mojej sytuacji rodzinnej wie wyłącznie mój bezpośredni szef oraz kilku kolegów, którym zdarza się czasem podczytywać Preclową (tak, tak o Was piszę!).

Poza tym chyba nikt, mimo iż się nie ukrywam. Ostatnio jedna z koleżanek z biura dowiedziała się o Preclu gdy przypadkiem trafiła na emisję Zielonych Drzwi i była niezmiernie zdziwiona, że mam tak niepełnosprawne dziecko. Odebrałam to jako komplement.

Nie jestem pracownikiem idealnym. Nikt nim nie jest. Moja kariera utknęła w miejscu, które z jednej strony jest w miarę ciekawe, z drugiej zaś nie wymaga zbyt wielu wyrzeczeń związanych z czasem poświęcanym dzieciom.

Z racji Precla nie wymagam specjalnego traktowania, mimo, że są dni kiedy funkcjonowanie w pracy po nocnej akcji ratowniczej (bo i takie się zdarzają) jest niezwykle trudne.

Pracuję swoje osiem godzin, a gdy jest potrzeba to więcej.

Jeżdżę w delegacje.

Zwolnienie lekarskie zaliczam średnio raz w roku na doleczenie jakiegoś przechodzonego choróbska.

Urlopy zgodnie z planem.

Nic nadzwyczajnego.

Jedyną moją niedoskonałością wynikającą z niepełnosprawności Szymona jest tzw brak mobilności wymaganej w mojej firmie. Czyli, że nie wyprowadzę się z Warszawy, gdy ktoś wpadnie na pomysł zapewnienia mi rozwoju kariery np. na Dolnym Śląsku. Albo w każdym innym miejscu na świecie. To hipotetycznie może mnie ustawić w nieco gorszej pozycji w porównaniu do moich mobilnych kolegów. Może to mój zawodowy koszt posiadania Szymona na pokładzie?

Jedynym lękiem jako jedynego żywiciela rodziny jest utrata pracy.

A wy jakie macie doświadczenia z tym tematem? Może uda się nakreślić obraz pracującego rodzica osoby niepełnosprawnej?

Tagi: praca
19:16, gofer73 , Bez barier
Link Komentarze (30) »
niedziela, 18 listopada 2012

Jednym z najczęściej zadawanych Preclowi pytań jest sakramentalne:

"Czy trzeba Cię odessać?"

(czyli czy zabrać przy pomocy ssaka medycznego zalegającą w ustach, nosie i gardle wydzielinę, której Szymon nie jest w stanie połknąć)

W 80% przypadków odpowiedź brzmi: "nie". W większości przypadków, gdy odpowiedź brzmi "nie" wszelkie objawy wliczając w to minę Precla świadczą, że stan faktyczny jest zupełnie inny. Możemy policzyć na palcach jednej ręki czas jaki upływa od tego "nie" do momentu tzw. awarii, wymuszającej natychmiastowe użycie ssaka.

Czemu to robi? - nie wiem. Na pewno fakt odsysania do przyjemnych nie należy. Zdarza się też, że w danym momencie Szymon ewidentnie nie chce tracić czasu na tego typu zabiegi.

Rozmawiamy ostatnio o kłamstwie i kłamaniu. Tłumaczę co to znaczy. Precel oświadcza:

"Mamo ja też kłamię"

"A o czym kłamiesz" - dziwię się.

"O odsysaniu".

I tak, z płynącym czasem i rosnącą możliwością komunikacji, zaczynamy poznawać chorobę, z tej drugiej strony.

Ze strony Precla.

czwartek, 15 listopada 2012

O Precla upomniała się rejonowa podstawówka.

Okazało się, że wszelakie orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego w przedszkolu do końca okresu przedszkolnego nie wystarczą.

Trzeba było Precla formalnie odroczyć, czyli złożyć pisemny wniosek o odroczenie obowiązku szkolnego u dyrekcji rejonowej podstawówki.

Nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia. Przez chwilę Precel mógł się poczuć tak, jak Ojciec, gdy lata świetlne temu starając się o odroczenie służby wojskowej, dostał bilet do Kazunia.

Napisałam nieco spóźniony wniosek. Teraz dyrekcja szkoły będzie formalnie odraczać.

Pisząc ów wniosek poczułam się nieco paranoicznie, bo z jednej strony szkoła o mało co nie dostała zawału na samą myśl, że miałaby Precla uczyć. Z drugiej strony to ja muszę się formalnie postarać, aby w niej Precla jednak nie uczono, bo szkoła obowiązek przyjęcia Precla ma. Tyle, że nie za bardzo wiedziałaby co z takim fantem zrobić (oczywiście poza pomysłem wsadzenia go na nauczanie indywidualne do domu).

Zaczynam być mimowolnym wrogiem idei włączenia, o której tak entuzjastycznie pisałam prawie trzy lata temu.

Nasza szkoła rejonowa jest niedostosowana i nieprzygotowana.

Przez sześć lat obcowania z tym przybytkiem nawet nie uświadczyłam tam widoku dziecka niepełnosprawnego ruchowo. A to duża, sypialniana dzielnica i szkoła licząca ponad tysiąc uczniów. Właściwie jest statystyczną niemożliwością, aby Szymon był jedynym niepełnosprawnym dzieckiem w rejonie. Ktoś tu coś zamiata pod dywan i to od ładnych paru lat.  

Być może zamiata przez to, że szkoła jest przepełniona, niedofinansowana i  boryka się problemami typu przemoc w szkole. Wtedy jakość edukacji dla niepełnosprawnego dziecka z rejonu znajduje się na samym końcu listy spraw do załatwienia.

I dlatego w takich warunkach włączenie nie ma najmniejszej szansy na zaistnienie.

Jednym z moich celów wychowania Precla jest wychowanie go na szczęśliwego człowieka - nie wyobrażam sobie więc posłania niepełnosprawnego dziecka do miejsca, z którego  Starszy wynosi przeświadczenie, że słabsi nie mają racji bytu i że w najlepszym razie słabszego trzeba lać i kropka. I tak już zbyt dużo złego stało się w przypadku funkcjonowania w szkole Maksa. Nie trzeba tego powtarzać drugi raz.

PS. Po jednorazowym odwiedzeniu zerówki u Szymona znów pojawił się glut i stan podgorączkowy. Pora na schowanie się w domu na okres zimowy.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Jestem znanym łańcuszek killerem, więc Ojcu Karmiącemu, który zaprosił mnie do zabawy nie pójdzie tak łatwo. (szeroki uśmiech)

Poniżej znajdziecie reguły zabawy. Ja się wywiązuję tylko z ich części. Nie nominuję nikogo. Kto ma ochotę dać się poznać bliżej to proszę w komentarzach. Możecie odpowiadać na moje pytania, albo na pytania Ojca Karmiącego. Albo na mieszankę. Albo mieć to w nosie.

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę".  Nominowany/nominowana odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie  nominowany/nominowana tworzy swoich własnych 11 pytań i nominuje 11 osób do udziału w zabawie. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie oraz który został nominowany wcześniej

 

1. Kawa mała czarna, czy długa z mlekiem?

Duża czarna z ogromną ilością cukru. Albo najlepiej od razu dwie kawy.

2. Życie w rytmie samby, czy Błękitnej Rapsodii? 

Zycie w rytmie ciężkiego rocka. Szybko, mocno i z przytupem. Poza tym kręcą mnie wytatuowani faceci. Tacy Samby nie tańczą.

3. Poezja czy proza?

Kiedyś poezja. Dziś zdecydowanie proza.

4. Jeśli życie to podróż to jesteś turystą, czy przewodnikiem?

Chciałabym być tzw. zorganizowanym turystą  - tylko się rozglądać, nie przejmować organizacją i obraną trasą i przychodzić na gotowe nie troszcząc się o nic, ale zostałam mianowana na przewodnika.

5. Ołówek czy pióro?

Pióro. Bo atrament trwa wiecznie.

6. Miasto, czy wiocha?

Od niedawna zdecydowanie wiocha.

7. Słodkie czy słone [to ulubione ojca pytanie jakie słyszał na pokładach różnych samolotów;)]

Słone, ostre, przyprawione, byle nie słodkie (no chyba, że to kawa)

8. Komedia czy dramat?

Science Fiction. Fantasy. Albo horror. Najlepiej aby trup się ścielił gęsto, krew lała a dziewice płakały. Za dużo mam dramatów w życiu. I komedii też.

9. Tworzyć czy odtwarzać?

W pasjach - tworzyć. W czynnościach dnia codziennego - odtwarzać. Zdecydowanie łatwiej.

10. Wiedzieć dlaczego (coś się dzieje), czy po co (to się dzieje)?

A to nie to samo?

11.  Smakować, czy zaspokajać głód?

Zdecydowanie smakować. Jedzenie to jedna z ziemskich rozkoszy. Nie można więc jej zbijać do parteru jakim jest zwykłe napełnianie żołądka.

No to teraz moje:

1. Szklanka pełna czy pusta?

2. Kłamstwo czy niewiedza?

3. Piwo czy wino?

4. Europa czy Ameryka?

5. Korporacja czy wolny strzelec?

6. Pies czy kot?

7. Mieć czy być?

8. Prawa czy lewa?

9. Ser żółty z dżemem czy z majonezem?

10. Różowy czy czarny?

11. Na smutno czy na wesoło?

A teraz przepraszam. Idę odpalić piłę łańcuchową.

20:06, gofer73
Link Komentarze (9) »
niedziela, 11 listopada 2012

Jeszcze w wakacje preclowe uda stanowiły obraz biedy i rozpaczy prezentując kość udową właściwie tylko obciągniętą skórą.

Dziś po ponad trzech miesiącach jedzenia Frebini połączonego z codziennym "mama macham" czyli domaganiem się pozostawienia zgiętych w kolanach nóg bez oparcia poduszek i ciągłego rozkładania i przyciągania nóg do siebie, uda nabrały krzepy i .... ciała, jak mam nadzieję na to ciało składają się również i mięśnie, które wróciły do swojej jako takiej formy.

Proszę Państwa: na kanapie mamy teraz całkiem utuczonego, napakowanego chłopca. Przynajmniej w udach.

Naukowcy od dawna głowią się jak wykluczyć z badań nad lekiem na zanik mięśni efekt rosnącej świadomości ciała u dzieci. A to ona w połączeniu z intensywną rehabilitacją i odpowiednią dietą może również działać cuda. Podawanie leku w ramach prób klinicznych dzieciom zawsze jest połączone z ryzykiem, że wyniki takiego badania mogą być niejasne właśnie przez efekt tej świadomości.

Szymon CHCE się ruszać. I robi to wedle swoich możliwości. A to prowadzi do zwiększenia tych możliwości i większej ruchliwości.

Wiecie jak brzmi hasło przewodnie jednej z amerykańskich organizacji zrzeszającej pacjentów z SMA? "Never give up". "Nigdy się nie poddawajcie".

PS. Chyba teraz pora na ręce, bo w tym obszarze leżymy dokumentnie.

środa, 07 listopada 2012

Wczoraj tak znienacka zostałam zapytana, który ze stereotypów związanych z niepełnosprawnością denerwuje mnie najbardziej i zanim zdążyłam odpowiedzieć, powstał ten artykuł.

O tym co mnie wkurza piszę tutaj często, ale tak dla świętego porządku powtórzę jeszcze raz:

Ojciec Bóg wie gdzie (martenowski stawia piec). Osobiście znam jeden, podkreślam jeden przypadek, kiedy to tatuś nie będąc w stanie pogodzić się z diagnozą dziecka poszybował w siną dal. Za to, jak sami wiecie, znam kilka przypadków kiedy to tata zostaje Głównym Specjalistą od wychowywania niepełnosprawnego dziecka 24h na dobę 7 dni w tygodniu. Jak od początku jest coś nie w porządku w związku to chore dziecko go tylko dobije i już. I to tyle na temat, bo w artykule jest wystarczająco dużo.

Z głową coś nie w porządku. No bo jeśli nie chodzi, nie rusza się wystarczajaco sprawnie a co gorsza nie mówi to na pewno pod czupryną też jest nie poukładane. Ludzie nie potrafią odróżniać niepełnosprawności ruchowej od intelektualnej. Nie zależnie czy jest to pani pracująca w kasie w hipermarkecie czy też pediatra z rejonowej przychodni pytająca, czy dziecko jest mentalnie zdrowe.

Ależ to pogodne dziecko. Zawsze wygłaszane ze zdziwieniem w głosie. No bo w sumie to dziwne. Przecież życie Precla to jedno wielkie pasmo nieszczęść. Nie chodzi. Nie oddycha samodzielnie. Powinien mieć swoje cierpienie wypisane na trwałe na twarzy. Bo każdy, kto swym stanem odbiega od ogólnie przyjętej normy nie ma mieć prawa być uśmiechniętym i już. Czy już kiedyś pisałam, że szczęście jest funkcją duszy a nie ciała?

Pewnie znalazłabym jeszcze kilka mniej lub bardziej irytujących stereotypów o niepełnosprawności, ale zostawię Wam pole do popisu.

Ktoś chętny do poszerzenia listy w komentarzach?


ten blog bierze udział w konkursie. Możesz na niego zagłosować klikając w poniższy banerek raz dziennie z jednego IP. Głosowanie trwa do 15 grudnia.

Ranking blogów kampanii społecznej Na jednym wózku

poniedziałek, 05 listopada 2012

Fakt wart odnotowania, bo raczej z tych historycznych:

Precel odbył dziś swoją pierwszą nierodzinną rozmowę telefoniczną i to z nie byle kim, bo z Dużym Antkiem i Ciocią Basią.

Rozmowa wyszła całkiem spontanicznie, gdy plotkowałyśmy sobie z Basią Mamą Antka, Precel głosował w tle, więc namówiłam go aby powiedział Cioci "cześć". A potem Basia włączyła Antka.

I tym samym doszło do sytuacji, gdy przez chwilę przez telefon rozmawiali dwaj zarurkowani, respiratorowi chłopcy.

Wystarczyły dwa telefony włączone na tryb głośnomówiący oraz niewielka pomoc obu mam w tłumaczeniu co poniektórych słów.

Bo mówić niewyraźnie to jedno, ale rozumieć takiego kogoś to zupełnie co innego, nawet gdy samemu się dziwnie mówi.

Antek - miło było Cię słyszeć!

ten blog bierze udział w konkursie. Możesz na niego zagłosować klikając w poniższy banerek raz dziennie z jednego IP. Głosowanie trwa do 15 grudnia.

Ranking blogów kampanii społecznej Na jednym wózku

sobota, 03 listopada 2012

Nie jesteśmy idealni. Ale jesteśmy ludźmi spokojnymi, raczej lubiącymi patrzeć na siebie w lustro.

Tak też wychowujemy nasze dzieci - bez agresji, pokojowo, starając się wiele tłumaczyć. Co więcej pilnujemy tego co, gdzie i z kim robią. Albo przynajmniej się staramy.

Efektem takich metod, podgrzanym dodatkowo specyficzną sytuacją w domu jest charakter naszego starszego dziecka, który wyrasta na spokojnego, wrażliwego i inteligentnego młodego człowieka. Niestety emocjonalnie o kilka lat starszego niż jego rówieśnicy.

Powód do dumy? Nie inaczej.

Ale jest to też powód niepokoju.

Z przerażeniem obserwuję sytuację w klasie. W tej samej klasie, która kilka lat temu była najlepszą w województwie jeśli chodzi o wyniki trzeciotestu, a z której od początku tego roku szkolnego uciekło już troje uczniów, a następnych kilkoro nie chce chodzić do szkoły.

Nie mieści mi się wręcz w głowie poziom agresji i poniżenia, jaki niespełna trzynastolatki są w stanie zafundować swoim koleżankom i kolegom. Większość z tych czynów z miejsca podpada pod paragrafy prawne. Tylko kto ma je wyegzekwować?

Szkoła, która niby podejmuje jakieś działania, ale konstruktywnie radzi rodzicom aby w takich przypadkach powiadamiać policję?

Rodzice, których w większości nie interesuje to co wyprawia ich nastoletnie dziecko?

Same dzieciaki, które tkwią w szoku, bo z domu nie wyniosły wiedzy, jak traktować agresora i to tak dużym, że czasem opiera się o psychologa?

Uczę Starszego, że nie pewnych spraw nie zamiata się pod dywan. Że trzeba reagować. Że wrażliwy nie oznacza słaby.

Że trzeba umieć się odcinać od takich ludzi, którzy już w tak młodym wieku, potrafią każdą sytuację przerobić na swoją korzyść, robiąc przy okazji krzywdę innym.

I mam nadzieję, że się tego nauczy, by nie przerabiać tych olbrzymich pokładów empatii w objawy syndromu sztokholmskiego.

Mam też nadzieję, że będzie mówił o takich rzeczach, bo jak dotąd obrał wobec nas strategię typu "nie mówię, bo nie będę martwić".

Ze zdumieniem też obserwuję, jak po śmierci jednego z blogerów pojedyncze jednostki zaczynają z tej śmierci odcinać kupony wątpliwej jakości rozgłosu równolegle kreując rzeczywistość niezgodną z prawdą, mając ku pomocy wszechmocną moderację komentarzy.

Mam nadzieję, że inni, którym zależy nie zamiotą i tego pod dywan.

Bo gdy się zamiecie robi się krzywdę samemu sobie i innym, którzy być może zostaną wykorzystani.

PS. A Precel ma wlepiony antybiotyk.

ten blog bierze udział w konkursie. Możesz na niego zagłosować klikając w poniższy banerek raz dziennie z jednego IP. Głosowanie trwa do 15 grudnia.

Ranking blogów kampanii społecznej Na jednym wózku

czwartek, 01 listopada 2012

Jako matka nieuleczalnie chorego dziecka chciałabym być rodzicem zadaniowym.

Fizjoterapia

Sprzęt

Odżywianie

Edukacja

Wdech i wydech

Koniec dnia.

Zamiast tego filozofuję. Analizuję próbując przewidzieć przyszłość. Jestem mistrzynią zamartwiania się na zapas i czarnowidzenia. Myślami staram się umiejscowić w "teraz" oraz "po", które może pojawić się w każdej minucie naszego życia.

Te myśli są szczególne zwłaszcza dziś, kiedy odwiedzamy groby swoich bliskich.

Czy i ja za rok będę desperacko tkwić w korku w drodze na cmentarz?

Czyje groby będę odwiedzać?

Żyjemy siedząc okrakiem na tykającej bombie. Ojciec całą swoją mocą usiłuje się na niej utrzymać. Ja myślę o wybuchu.

Choć pewnie matkom takie myśli nawet nie powinny przemknąć przez głowę.